Koło Gospodyń Wiejskich - czyli zielone literatki zapraszają na miłe poczytki

Tak, tak - zapraszamy na poczytki naszych opowiadań. Kim jesteśmy?....chmmm... babkami :) fantastycznymi ma sie rozumieć :), Takimi, które często łapią za pióro ( no dobrze -
za klawiaturę) i piszą, piszą piszą...bo lubią. Mieszkamy wszystkie we wsiach różnorakich, bo tak wybrałyśmy i dobrze nam z tym bez dwóch zdań. Jeśli chcecie poznać nas bliżej - zapraszamy do odwiedzenia naszych indywidualnych blogów.
A tutaj....czarodziejsko wypuszczamy wyobraźnię na wolność :) Jeden temat - kilka wersji jego złapania w słowo. Miłego czytania.
Z pozdrowieniami - zielona założycielka, GREEN CANOE :)

wtorek, 24 listopada 2009


 „DROGA”

 . . .  po cichu wymknęła się z domu, nie chcąc nikogo obudzić. Nie zdążyła się nawet przebrać . Biegła polną drogą w nocnej płóciennej koszuli  . . .  Tak bardzo chciała zobaczyć właśnie dzisiaj wschód słońca nad rzeką. Często tak robiła, ale dziś czuła , że to będzie wyjątkowy wschód  słońca . . .   Wianek  który uplotła z polnych   - jeszcze mokrych od rosy kwiatów - zbieranych w pośpiechu, delikatnie  opadał na czoło, a niesforne kosmyki  włosów tańczyły na wietrze.  Zatrzymała się . . .   Nad linią horyzontu rozbłysła piękna kula, która coraz bardziej odbijała się w tafli wody .

. . .  wzniosła ręce ku górze i poczuła  się wolna jak ptak. Poranna rosa obmywała jej  małe stopy  a pierwsze promyki słoneczka rozświetlały jej buzię . . .  czuła się szczęśliwa . . . całym ciałem szczęśliwa  . . .

* * *

W sali, na  której leżała  ukradkiem wkradało się światło z oświetlającej ulicę latarni – spojrzała unosząc ciężkie powieki. Ze spokojem wodziła wzrokiem po czterech  ścianach . . .   Nie była sama. W kąciku na fotelu drzemał przykryty kocem jej Mąż. Był z Nią od kilku dni – dniem i nocą.  A jeszcze kilka dni wczesnej radośnie przemierzali szlaki górskie.  Snuli plany na przyszłość  . . .  planowali  rozbudowę  swojego domu,  by mogła tam mieć swoja własną pracownię . . . to było takie realne .

* * *

Dzień w którym dowiedziała się zupełnie przypadkiem ,że jest poważnie chora -  nie przekreślił wszystkiego, nie złamała się. Wiedziała, że  będzie to trudna walka, ale wierzyła ,że ją wygra.  Operacje, które przeszła zasiały spore spustoszenie w jej organizmie, musiała się nauczyć na nowo akceptacji swojej osoby. Jak nigdy dotąd pragnęła żyć. Rodzina  była niesamowitą podporą w tych krytycznych  chwilach . . .  ONA - wspaniała Żona i kochająca Matka  swoich  Dzieci - nigdy nie narzekała . W miarę upływu czasu wróciła do pracy zawodowej, bo tej jej brakowało. Znów mogła realizować  projekty, organizować wystawy – żyła pełnia życia, bo zrozumiała jakie ono jest kruche; jak w cenna jest nawet każda najmniej ważna chwila .  

Rodzina przez lata zdążyła oswoić się z Jej chorobą,  Ona uczyła ich jak na nowo uśmiechać sie, jak radośnie żyć . . . 

 Przecież nic się nie zmieniło – tylko to, że choroba się cofnęła. To  był dzień, w którym Ona, On i Dzieci -  wszyscy rozpoczęli  nowy rozdział w życiu . . .

Nie przypuszczała, że choroba może powrócić  i jednocześnie tak szybko  postępować.  Mimo to wciąż snuła plany co jeszcze zrobi, gdzie pojedzie . . .

Leżała nieruchomo,  a ból jaki wypełniał jej ciało był nie do opisania.  Morfina jednak powodowała , ze mogła chociaż normalnie myśleć,  chociaż nie mogła już wydobyć z siebie słowa . . . nie mogła nawet się uśmiechnąć  ani też podnieść  ręki.

* * *

On . . .

 Zerwał się ze snu . . .  pokój wypełniony był światłem  . . . , a  wśród tej głuchej ciszy jaka panowała na oddziale i na sali usłyszał dzwoneczki, takie jak przy pędzących zimą saniach. Myślał że śni, nie wiedział skąd dobiega ten dźwięk . . . i to światło . . .

Ujrzał Ją -leżącą na szpitalnym łóżku  z wziesionymi rękoma ku górze, tak jakby komuś chciał je podać, uśmiechniętą . . .  było w niej tyle lekkości. Przetarł oczy – „przecież nie mogła podnieść ręki,” – pomyślał.  To nie był jednak sen. Stał nieruchomo i patrzył jak Najświętsza Panienka przyszła   . . .  do Niej  . . .  po Nią .  Wiedział  . . .  tyle razy słyszał od Niej, że najświętsza Panienka przychodzi do osób, które modlą się odmawiając Różaniec.  Które wierzą . . .  Ona wierzyła . . .

 * * * 

Ujrzała DROGĘ, tą którą  kiedyś w dzieciństwie  przemierzała nie raz, na spotkanie ze wschodem słońca. Czuła się jak ta mała dziewczynka z wiankiem z polnych kwiatów , biegnąca boso po rosie. Czuła się wolna . . .  wyjątkowo . . .  inaczej . . . była lekka, nie bolało ja już nic . . . widziała stojącego nad Nią Męża , widziała strach w Jego oczach. Wiedziała, że On już wie . . .  wiedziała, że  rozumie . . . czuła się bezpieczna i spokojna. Nigdy nie była w ciągu swojego niespełna  37  letniego życia taka spokojna jak dzisiaj . . .

Podniosła dłonie w górę  . . .  Uśmiechnęła się  . . .  wiedziała, że od teraz będzie kroczyła, ta sama drogą tylko Tam.

* * * 

Patrzył jak Jej dłonie opadły na biała pościel . . .  dzwoneczki ucichły a w Sali zapanował znów mrok  . . .  

Westchnął . . .  i uśmiechnął się  . . .  zamknął oczy i ujrzał ją kroczącą piaskową drogą ku wschodowi słońca . . . Znał to miejsce, nie tylko z Jej opowieści, wiele razy zabierała jego i Dzieci  nad tą rzekę.  Zatrzymała  się  i uśmiechnęła się do Niego

Odwzajemnił uśmiech . . . Odwróciła się i podążała drogą dalej.

 * * * 

Była już wolna  i szczęśliwa .


DROGA

Nie mam weny - powiedziała do Macieja leżąc w bezruchu na dywanie. Idzie mi dziś po prostu jak dziwce w deszcz, jakby to powiedział wielki naczelny.

Jak to weny nie masz – prychnął. Dziewczyno, Ty zawsze masz wenę, zawsze, zapamiętaj to sobie. Dzięki twojej wenie mamy na żarcie i czynsz, więc zawsze masz ją mieć. Wstawaj z tego dywanu, i pisz.

Ale co mam pisać????!!! Człowieku od 2 lat piszę te horoskopy i mam wrażenie że zwariuję po prostu. Czy Ty rozumiesz, co to znaczy napisać miesięcznie po 8 horoskopów dla każdego znaku???? I nie powtarzać się, i żeby jeszcze tak to brzmiało, żeby każdy mógł to do siebie odnieść. I jeszcze żeby się nic nie wykluczało?. Po prostu nie mam już pomysłów, siedzę nad tym od wczoraj i NIC, nic nie dam rady więcej tego gówna pisać. Rzygam tym do jasnej cholery, a Ty mi jeszcze rzucasz teksty że coś muszę. I po to mi były te moje elitarne studia????!!!!!, po to właśnie...???!!!.

Nerwowo podniosła się z dywanu i wbiegła do kuchni. Przez chwilę patrzyła w okno, skubiąc usta. Włączyła czajnik, nasypała do kubka rano zmieloną kawę. Po turecku, a może trochę trzepnie i odświeży umysł....? Już 2 lata...2 lata uwsteczniającego pseudo pisarstwa, 2 lata obrzydzenia do samej siebie. 2 lata...horoskopowej udręki. Ale, ale - żeby nie być niesprawiedliwym, przecież to nie tylko horoskopy ... Jeszcze są historie z działu „Prosto z życia” - a dokładnie wyssane z palca, i porady dla czytelniczek. A to wszystko w tygodniku „Miłość zagubiona”. Przez porady mdli ją najbardziej. Odpowiedzi pełne rad pisze na wcześniej spreparowane przez siebie listy...Pani Kasiu – to ma być napisane dla bab o IQ kury, rozumie Pani? Żadnych inteligenckich wstawek. Ja mu się oddałam On mnie rzucił, co mam robić redakcjo....A wielką literaturę niech sobie Pani do szuflady wsadzi, nasze czytelniczki nie czekają na Kareninę. Zresztą, skoro Pani się sama do nas zgłosiła, wie Pani doskonale jaki profil społeczeństwa reprezentujemy i dla kogo jesteśmy. Proszę nie zbaczać z tej drogi i dotrzymywać nam kroku – nie chcę więcej słyszeć o tego typu pomysłach – wysyczał jej naczelny, gdy przedstawiła mu swoją wizję na nowy dział. Chciała w nim przybliżać czytelniczkom wielkie miłości opowiedziane w literaturze światowej. Naczelny z jej pomysłu wyśmiewał się publiczne przez kilka miesięcy, wystarczyło, by przylgnęła do niej ksywa Literatka. I tak literatka dostała w sumie: horoskopy ( miłosny i zawodowy), listy do redakcji z odpisywaniem na te listy, oraz opowieści prosto z życia. Początkowo każdy tekst pisała po kilka godzin, wykreślając ciągle zdania, zamieniając je na prostsze odpowiedniki....Mając niemiłe wrażenie , że komunikuje, a nie opowiada. IQ kury...jak to określił naczelny. Piszę dla ludzi z IQ kury.... powtarzała sobie wieczorami siedząc nad klawiaturą. Z pomocą przyszedł któregoś dnia Karol – kolega z pokoju. Widząc jej rozterki i nerwowe klikanie w klawiaturę, powiedział leniwie:
Weź Ty się Literatka smyrnij na bazar Brudzińskiego, połaź tam cały dzień, posłuchaj sprzedających bab – będziesz mieć tematów do końca roku. Mnie wystarczają moje sąsiadki z ławki pod kamienicą, wystarczy, że otworzę okno w sobotę rano – do południa mam już z 5 historii mrożących krew w żyłach. Nawet całymi zdaniami siebie czasem je cytuję, te moje sąsiadki...Jak nie masz takich, to na bazar idź. Kasia skorzystała z jego podpowiedzi. Spędzała na bazarze po kilkanaście godzin w tygodniu - rada Karola okazała się bezcenna. No tak, w końcu Karol pracował w redakcji najdłużej, zresztą nie w tej jednej. Tak mu się spodobała stylistyka dla kur, że swoje teksty sprzedawał innym tytułom – nawet zagranicznym.

Piła kawę patrząc bezmyślnie na osiedlowe ławki...była już w mieszkaniu sama. Maciej obruszony wyszedł na basen, mogła więc spokojnie usiąść do komputera.

BARAN....ten tydzień przyniesie Ci wiele niespodzianek. Możesz spodziewać się niezapowiedzianej wizyty, i większych wydatków...

Nie zbaczać z drogi, dotrzymywać kroku.

czwartek, 5 listopada 2009

Nowe Opowiadania


Witajcie, nasi SZANOWNI PODCZYTNICY:)
Jak miło widzieć, że jest Was coraz więcej:) Chciałabym również w imieniu wszystkich Gospoch podziękować za Wasze komentarze i poświęcony nam czas. To niezwykle przyjemne uczucie widzieć, że idea koła przypadła Wam do gustu. Zapowiadam zatem następny temat, który tym razem wymyśliła ANIA, brzmi on zaś: " DROGA" i przeczytać będziecie mogli wszystkie opowiadania o tym tytule już 24 listopada. Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia:)
Green Canoe.

piątek, 30 października 2009

ZEGAR

... Krzyknęła ... Zaraz potem otworzyła oczy i spojrzała na zegar.
Ten stojący na stoliku nocnym.
Trzecia nad ranem.
Dopiero zasnęłam ... pomyślała.
Znów spojrzała na zegar. Tym razem na jeden z tych wiszących na ścianie.
Miała ich ogromną ilość. Na ścianach, na meblach, wszędzie ...
Dlaczego ? Skoro tak nienawidziła tego cudu techniki ...
Wychowała się w domu, gdzie wszystko miało swój czas, swoją godzinę.
8.30 - rozsuwanie zasłon. Dźwięk szurania żabkami po karniszu dźwięczy w jej uszach każdego ranka aż do dziś.
9.00 - śniadanie ...
Tykanie zegara wyznaczało rytm życia w jej domu.
Dosłownie. Tik, tak, tik, tak ...
Na nic się zdały delikatne próby zmiany tego dziennego grafiku.
Wszelkie nawet te kilkuminutowe spóźnienia co jakiś czas kończyły się obrazą albo wręcz awanturą.
Atmosfera panująca wówczas w domu była nie do zniesienia. Tłumiła więc bunt w sobie. Do czasu.
Pewnego dnia wybuchła. Powrót do rodzinnego domu był niemożliwy, wiedziała o tym.
Zbyt wiele bowiem padło przykrych słów.
Spojrzała w sufit wsłuchując się w ciszę, którą przerywał jedynie dźwięk wybijanych przez zegary sekund. Niewiarygodne, jak idealnie były ze sobą zsynchronizowane, co do jednego.
Od pamiętnego wybuchu minęło kilka ładnych lat, a ona wciąż żyła według narzuconego rytmu.
Tyle, że sama.
W swoim otoczeniu, złożonym przeważnie z ludzi wciąż gdzieś biegnących, spieszących się, zwykle spóźnionych, czuła się jak z innego świata.
Ona zawsze poukładana, punktualna, zawsze na czas.
Wzbudzała podziw i szacunek, czasem niedowierzanie ...
Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że to na pozór "idealne" życie, wcale nie było takie idealne.
Że ten pozorny spokój i ład dnia codziennego,
o który w dzisiejszych czasach tak trudno i o którym większość marzy -
ją przytłaczał.
Ileż to razy brakowało jej tchu ...
Monotonia powoli acz skutecznie wysysała z niej resztki radości, jakie powinno nieść ze sobą życie.
Spojrzała na zegarek. Poczuła jak wzbiera w niej niewyobrażalna złość ...
Energicznym ruchem ręki zrzuciła zegar ze stolika nocnego.
Zegar niczym kryształ rozsypał się w drobny mak.
Dziś nie wstanę o 8.30 ... pomyślała ... ani dziś, ani jutro,nigdy ...

ZEGAR

- Godzina hotelowa zaczyna się o 14 kończy o 12, poprawnie ładna blondynka znużonym choć wciąż miłym głosem wypowiedziała po raz setny tę samą kwestię do słuchawki.
- Tak proszę Pana, oczywiście, że może Pan zamówić kolację do pokoju, nie będzie też problemu
z wypraniem koszul, tak....już zapisuję....
W hotelowej recepcji toczył się kolejny żmudny dzień, goście przyjeżdżali i odjeżdżali, zameldowani zwracali się z różnymi zapytaniami, prośbami, skargami, pretensjami.
Po holu głównym roznosił się zapach świeżo parzonej kawy i amaretto, cicho pobrzękiwały czyszczone przez barmankę kieliszki, a polana drewna trzaskały pod wpływem ognia. Szara
w każdym znaczeniu tego słowa kobieta od 6 godzin siedziała nieruchomo na fotelu ustawionym tuż przy kominku. Od 6 godzin trzymała w dłoniach tę samą gazetę, i tyle samo czasu wpatrzona była w te same drzwi – wejściowe. Obsługa recepcji na początku obrzucała znieruchomiałą postać zaciekawionymi spojrzeniami, ale przyzwyczajona już do ekscesów i szokujących sytuacji, które przyszło jej w swoim miejscu pracy obserwować, po godzinie przestała zauważać cichą szarość okupującą fotel. O 14.30 drzwi się rozsunęły. Z miłością podszytą gardłowym namiętnym śmiechem, strzepując krople deszczu z płaszczy i parasola, pod którym jeszcze przed chwilą 2 ciała były jednym, weszli do środka. Ona niczym letnia chmura, świeża, pastelowa i przyjazna. On wpatrzony z uwielbieniem w swoją chmurę. Szarość na fotelu zamarła a jej dusza bezgłośnie zawyła. Wbiła swoje ciało w mebel do granic bólu i wytrzymałości materiału. Zacisnęła dłonie na gazecie, wzięła głęboki, paniką podszyty oddech, jeszcze jeden......zaraz się uduszę- pomyślała, zaraz się na pewno uduszę.....Para, nadal wpatrzona w siebie, podeszła do recepcji, zostawiła mokry parasol, wzięła klucz i objęta czule skierowała się w stronę wind. O 14.50 szara kobieta wciąż wciśnięta w fotel, ale już bez gazety w dłoniach patrzyła martwo na hotelowy zegar. Gazeta leżała pomięta u szarych stóp, a zapach kawy dotarł do zachodniego skrzydła hotelowego holu. ...Pierwszy raz kochali się o 3 w nocy. Ślub wzięli o 14.00, Anetka urodziła się o 17.27, a Piotr o 16.10. A równo o pierwszej dostała ten anonimowy telefon......Umarła o 14.30, śmierć przyniósł szelest rozsuwanych drzwi.

czwartek, 29 października 2009

Zegar

Noc.
Leżała w łóżku wpatrując się w okno. Październikowa noc nie należała do tych pięknych. Wiatr smagał gałęzie drzew, liście wirowały na wietrze. Latarnia tliła się gdzieś w oddali.
Próbowała zasnąć ale sen nie przychodził.
Zegar właśnie wybił drugą. Ding dong, ding dong. Zamknęła mocno oczy tłumacząc sobie jak dziecku, że jeśli teraz nie zaśnie znów rano wstanie z podkrążonymi oczami.
Usiadła na łóżku, poprawiła poduszkę. Ułożyła się ponownie, licząc na sen próbowała skupić się na czymś monotonnym. Cyk, cyk, cyk cyk, wahadło miarowo ruszało się za szybą.
Wiedziała już ze nie zaśnie, dopóki nie uporządkuje myśli. Bo to one były przyczyną tego wszystkiego. Leżała wpatrując się w sufit, tłumacząc sobie dlaczego jej życie potoczyło się tak a nie inaczej. Znalazła nawet sporo plusów takiego stanu rzeczy. Wiedziała ze jest rozwiązanie jej problemów, tylko po prostu trzeba zrozumieć że czasem warto zaryzykować. Zamknęła oczy i pod powiekami zobaczyła szczęście.
Uśmiechnęła się do siebie. Zegar wybił połówkę.
Wiedziała już ze będzie spać dobrze.

Zegar

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, ale i przyjemności, pewnego dnia odkryłam na mojej poczcie zaproszenie do współredagowania tego właśnie bloga. Jest mi niezmiernie miło, że będę mogła dla Was pisać i postaram się zrobić to najlepiej, jak potrafię. Za wszelkie rady i sugestie będę Wszystkim Czytelniczkom (i Czytelnikom także) bardzo wdzięczna.

ZEGAR

Nie wiadomo kiedy i w jakich okolicznościach zaczęła częściej spoglądać na zegar wiszący od 10 lat w tym samym miejscu. Był prezentem od babci, która podarowała go jej i Antkowi w dniu ich ślubu. Pamięta ten dzień, nawet godzinę. Była 16.00, kiedy niecierpliwie czekała przed ołtarzem na swojego przyszłego męża.
..Niesamowite - pomyślała - jak ten czas ucieka, ile zdarzyło się przez te wszystkie lata.. Jakie to dziwne - zastanawiała się dalej, sącząc powoli poranną kawę - że ja żyję sobie całkiem spokojnie, a tam, niedaleko, niespełna 10 minut jazdy samochodem, tętni życiem miasto? 500 tysięczne miasto, gdzie większość ludzi spoglądając przynajmniej 20 razy dziennie na zegarek mówi do siebie: NIE ZDĄŻĘ..
Michalina wstała od stołu, sprzątnęła po śniadaniu, po którym wszyscy domownicy zostawili chyba tysiąc małych i większych okruszków, zabrała garnek z ziemniakami ugotowanymi poprzedniego wieczora i poszła nakarmić kury i kaczki..
Nagle usłyszała dzwonek domofonu:
- Proszę pani, czy ma pani może na sprzedaż gęś? Chciałbym kupić dwie..
Takich gości miała przynajmniej raz w tygodniu - A to po gęsi, czasami kaczki, jajka.. Jedna pani pytała nawet o wydmuszki gęsie do ozdabiania na Wielkanoc.
- Nie, proszę pana, nie mamy nic na sprzedaż, hodujemy tak tylko, na własne potrzeby..
Niekiedy wywiązywały się z tego ciekawe rozmowy, albo nawet monologi: "Matko! Tyle gęsi! Kto to zje? Dla jednej rodziny? Rozpusta! "

..Taaak.. Ludzie!!! przecież Wy nic nie wiecie.. Dlaczego żyjecie z dala od innych?! Dlaczego się nie dzielicie?! Dlaczego nie spędzacie razem wolnego czasu?! Dlaczego tak się izolujecie?! Co to jest 20 kaczek?! To tylko 10 rodzinnych obiadów!! To aż 2 poduszki wypełnione kaczym puchem i piórami, na których dwie osoby mogą spokojnie spać przez 5 lat!! To 20 garnków pysznej czarnej polewki!! To godziny ruchu na świeżym powietrzu!! To obserwowanie natury, obcowanie ze zwierzętami, głaskanie ich po łebkach, to kacze kwakanie kiedy usiłuje się przekrzyczeć z sąsiadką przez płot (one tez chcą przecież pogadać)!!..
- Ależ proszę pani! Przecież i tak je pani potem zabija i zjada, kto myśli o takich rzeczach?
..Taaak.. Proszę pana.. A co pan je prawie codziennie na obiad? Czy pomyślał pan o tym, kto te kury i kaczki głaskał po głowie? Kto myślał o tym, żeby tej śwince było dobrze? Żeby miała godne życie? Co pan je, proszę pana? Czy kiedykolwiek pan o tym myślał? Czy to, że my też kiedyś umrzemy daje mającym nad nami władzę prawo do tego, żeby nas poniżać? Więzić? Głodzić? Po co? Skoro i tak zejdziemy z tego świata?
- Pani jest szalona, przecież to tylko zwierzęta, one nie czują jak ludzie..
- Dlatego, proszę pana, nie sprzedaję swoich zwierząt ludziom, o których nic nie wiem, ponieważ każde stworzenie ma prawo do godnego życia, godnego traktowania i godnej śmierci..

Myślała o tym często… o tych nic nie wiedzących i nie widzących ludziach.. Znieczulicy.. Egoizmie i braku empatii.. O pogoni za czymś co szczęścia nie daje.. Uświadomiła sobie, że przecież przed wyjściem pomyślała, że coraz częściej spogląda na zegar.. Że daje się wciągać w ten pęd ku czemuś, co jest dla niej niezrozumiałe. Podreptała do domu w swoich granatowych kaloszach, myśląc, że będzie musiała kupić nowe, bo te w ubiegłym roku pogryzły szczeniaki. Weszła do kuchni, spojrzała na zegar babci Anieli..
..Jakie piękne te ornamenty na tarczy - pomyślała - po czym poszła, otworzyła szybkę skrywającą misternie rzeźbione wskazówki, ustawiła godzinę 16.00 i zatrzymała serce zegara, wahadło odmierzające sekundy.. minuty.. godziny..
Niech czas płynie sam. Przecież co dzień słońce wschodzi, zachodzi, dzieci wychodzą do szkoły, Antek wraca z pracy.. Będę ustawiała sobie budzik.. Nie będę myślała o czasie, a gdy spojrzę na babciny zegar, zawsze pomyślę o tym, co jest dla mnie w życiu najważniejsze.. Dziękuję Ci, babciu.


Tutaj znajdziesz mojego bloga

niedziela, 25 października 2009

Zegar

Zegar

Jak zawsze-codzienne zegar odmierzał czas i wszystkie czynności tych starych ludzi były związane z godzinami, upływającymi niezmiennie. Wszystkie, związane z oczekiwaniem na ich 32-letniego syna, ciągle pijanego, wracającego codziennie z przekleństwami na ustach, teroryzującego całą wieś - raptem 10 chałup położonych wśród lasów. Jak nie znosiłam tych krzyków, bijatyk, znęcania się nad zwierzętami, nie potrafę okazać. Nie tylko nie cierpiałam tego człowieka, nie znosiłam całej rodziny, byli w konfliktach ze wszystkimi, trudno mi się do tego przyznać ale bardzo chciałam by odeszli, znikneli gdzieś (ale wiedziałam, że to nierealne). Nie mogłam się przyzwyczaić do krzyków na drodze, kłótni w środku nocy, okropnych przekleństw. Dzwoniłam na policję gdy bił kozy lub konia na polu (ten człowiek był jedną wielka chodzącą nienawiścią, nawet ptaki się go bały i uciekały na jego widok), a wszyscy to słyszeli ale się bali, schowani za dzwiami swoich domów. Biegłam gdy skowyczał pies lub kot za ich płotem-oni, a szczególnie on mnie nienawidził, straszył. Ja wiedziałam swoje, nie byłam bez skazy ale trzeba coś robić, człowiek powinien tak postępować w kazdej godzinie swojego życia, by mógł, bez odrazy spojrzeć w lustro w swoje odbicie. Wierzę w to, ze wszystko do nas wraca, jeśli postępujemy właściwie to kiedyś to do nas wóci pomnożone kilka razy, jeśli źle to „biada nam”, tez wróci....Na zegarze życia , nasze postepowanie to odliczane sekundy, minuty, godziny.. ..
I pewnego dnia gdy ojciec w/w syna spojrzał na zegar w kuchni (była 9 rano, syn już dawno powinien wrócić z pracy, z nocnej zmiany, nie było go jednak.. Ojciec wyszedł na drogę, spojrzeć czy syn nie wraca, droga była pusta, postanowił iść drogą, którą zazwyczaj przychodził syn. Skrajem lasu. Gdy doszedł do młodnika ..zobaczył, ze cos leży na polnej drodze, zazwyczaj przemierzanej przez zwierzęta. Podszedł bliźej bo zwrok chyba płatał mu figla. Nie, to niemożliwe, nie możliwe, a jednak zwinięty jak tobołek, z palcami zaciśniętymi na bochenku chleba leżał jego syn – zimny już, martwy...Nie wiem jak to powiedzieć ale nie myślałam, że tak to się skończy (chyba ja jednak jestem złym człowiekiem bo trudno mi się do tego przyznac odczułąm ulgę, gdy się o tym dowiedziałam, jednak nie powinno się chyba tak myśleć, ale z drugiej strony nie chcę być hipokrytką i nie chcę udawać, ze jest mi przykro bo nie jest). Nigdy nie chciałam o nich mysleć, a tym bardziej pisać, a teraz okazuje się, że napisałam na forum, gdzie wchodzi tyle osób i czyta – życie to groteska, nie mozemy nic przewidzieć co się zdarzy następnego dnia – nasze postępowanie to godziny upływajace na zegarze życia.... Może to moja pokuta, nie wiem . Mam nadzieję, że nie ocenicie mojego postepowania zbyt surowo.
Na faktach autentycznych.

wtorek, 6 października 2009

Nowe Opowiadania

Witajcie, najbliższy temat planowanych nowych opowiadań to 25 października - a jego tytuł ZEGAR. Doszły nam do grona Nowe Gospodynie - które serdecznie witamy w naszym gronie wspólnego darcia literackiego pierza:)
Z pozdrowieniami zielonymi - Green Canoe

niedziela, 9 sierpnia 2009

Spotkanie

Był duszny, upalny poranek. Siedziała wściekła na ławce przystanku autobusowego przy zatłoczonej, śmierdzącej spalinami ulicy. Naprawa auta przedłużała się i od kilku dni zmuszona była dojeżdżać do pracy autobusem. Kurz oblepiał spocone ręce, nowa biała bluzka była już szara. Hałas uliczny powodował ćmiący ból w głowie. Koszmar!
Obok, bardzo blisko, usiadła kobieta. Zapach częściowo przetrawionego alkoholu i niemytego ciała uderzył mocno. Kasia zerknęła w bok. Kobieta miała podbite oko i zeschniętą krew w kąciku poranionych ust.
Odsunęła się jak najdalej od menelki, odwracając głowę by nie wdychać odoru.
Kiedy ten autobus przyjedzie!
Poczuła, że kobieta patrzy na nią - przechyliła się nawet do przodu, zaglądając Kasi w twarz.
O jasna cholera! Jeszcze mi tego brakowało. Nagabywania o pieniądze na piwo! - Myślała.
Jak ja się męczę! Ten smród jest nie do wytrzymania! Jak można tak nisko upaść. Jest taki rodzaj kobiet, którym poniewieranie sprawia przyjemność. Jak facet nie bije to nie kocha. Żyją jak zwierzęta. Bez wyższych uczuć, bez żadnych pragnień, byle się napić. Zabierają tylko miejsce i powietrze.
- Przepraszam panią bardzo. Bardzo przepraszam - usłyszała - rozmazała się pani. O tu!
Brudny palec wylądował w okolicy oka Kasi.
-O przepraszam, nie chciałam pani dotknąć - palec zniknął.
- Ja tylko... pani taka piękna! Idealna... Ja... nigdy nie będę taka. Proszę mi wybaczyć. Bardzo proszę.
Nadjechał autobus. Kasia z ulgą podbiegła do drzwi, nie spojrzała już w stronę kobiety.
Patrząc w lusterko starła ślad tuszu z powieki.
Przez szybę widziała mijane domy, ludzi, szarość zakurzonego miasta.
Czemu u licha tak dziwnie się czuję?! Ta kobieta...

SPOTKANIE

/*****/

To miał być najważniejszy dzień jej życia,!!! Gdyby tylko nie te gówniane rajstopy i remonty na Śląskiej, to na pewno byłby najważniejszy dzień jej życia!!! Wszystko byłoby od tej pory inaczej...jest tego pewna. Mogłaby w końcu zasnąć spokojnie myśląc o NIM czule przed snem i podzielić się z NIM opłatkiem w Wigilię i w ogóle wszystko byłoby w końcu lepsze....Ale co się dziwić, no co się dziwić, przecież jej się ZAWSZE macha przed nosem czerwoną kartką w najważniejszym momencie – i koniec gry. Szlag by trafił te wykopy , tego pecha zafajdanego...A tyle starań .... tyle pieniędzy wydane....A tu rachunki z 2 miesięcy nie popłacone....Przeróbka kiecki u krawcowej Zosi – 30 zł, fryzjer 37 zł no i nowa torebka...następne 20 zł...O matko jedyna .....

Wracała do domu boso z otartym do krwi łokciem i wypaplanej w błocie sukience.....łzy wściekłości nie udało jej się powstrzymać przed zbyt ciekawskimi spojrzeniami mijających ją ludzi. A W DUUUUPIE...myślała, niech sobie patrzą, mam to w głębokiej duuupie. I co Ona mu powie, że co???? że nie przyszła, bo najpierw porwała rajstopy o jakiś haczyk wystający przy siedzeniu w autobusie, a potem biegała jak głupia po Śląskiej szukając w sklepach tych rajstop ...to znaczy nie tych tylko innych, nowych, na zmianę. No bo jak tak?.. Na pierwsze spotkanie... z gołymi nogami??? A potem jak już kupiła w końcu te rajstopy, to nie miała gdzie ich założyć i z obłędem w oczach szukała jakiegoś zaułku, żeby tam wejść i te cholerne rajstopy wciągnąć. Nie było żadnych zaułków, ale zobaczyła w końcu przy remontowanym odcinku ulicy budkę , barak znaczy się...i pobiegła tam. Ale wchodząc na kładkę nie zauważyła że było ślisko....Upadek do dość głębokiego rowu był tak niespodziewany, że przez chwilę leżała na dole nie wiedząc gdzie jest i co się stało......a potem zaczęła płakać....żesz kurwa mać jedna noooo.......żesz kurwa mać jedna.....

I wiedziała od razu, że następnej szansy nie będzie....Wiedziała to całym sercem.

Siedząc już w domu, zapuchnięta od płaczu, przez pół godziny patrzyła bez sensu na przemian na wzorki kuchennej zasłonki i telefon ściskany w spoconej dłoni......Ma numer....Musi mu jakoś wytłumaczyć, no musi wytłumaczyć. On uwierzy, zrozumie... W końcu zadzwoniła.......raz , ....drugi i ósmy...Nie odebrał.

/*****/

Alina weszła do domu wcześniej niż zwykle, położyła zakupy na komodzie ścierając dłonią nieistniejący kurz. Omiotła wzrokiem marmurową ścianę w przedpokoju i wnętrze obszernej laboratoryjnej w klimacie kuchni, od razu zauważając ściereczkę przewieszoną przez oparcie hokera....No zwolnię tę Ukrainkę ...pomyślała ze złością,.. Cóż za tępa baba jedna, jak można przez miesiąc nie nauczyć się, żeby nie zostawiać ścierek na widoku....Odetchnęła głęboko z irytacją i weszła do salonu. Na kanapie siedział Piotr przeglądając jakieś papiery....

- Nie poszedłeś? zapytała z nieudolnie udawaną ulgą.

Spojrzał na nią przelotnie, przewracając kartki,

- Nie,... i nie pójdę, ... nigdy. Tak postanowiłem.

Usiadła obok niego znów ścierając dłonią nieistniejący kurz, tym razem ze stolika....

- To dobrze kochanie...miałam nadzieję, że zmądrzejesz. Po co Ty jej w ogóle szukałeś??? Po co Ci Ona teraz??? Pomyśl o tym co my byśmy powiedzieli znajomym...jak ją pokazać w ogóle....i co, Kacperkowi powiedzieć, że to jego babcia jest??? I co powiedzieć, że odżyła niby??? Jak w ogóle to miałoby niby wszystko być, przecież ta kobieta to margines. No nie patrz tak na mnie...taka prawda ..... Jak to dobrze, że z karty innej zadzwoniłeś, przynajmniej nie będzie nas nękać telefonami .....Nagle jej się synka zachciało...po 38 latach tak???.....i płacze przez telefon ze szczęścia że ją znalazłeś , tak??? AKURAT, już to widzę......ja Ci od początku mówiłam.. Pewnie się od razu jakoś dowiedziała kim jesteś i jaką masz pozycję....Oj nie wiem jak, jakoś się pewnie dowiedziała, ....i się do matkowania teraz raptem wyrywa, .....i spotykać chce...., przecież to pijaczka jest Piotruś.... no nie patrz tak do cholery na mnie...no mówili Ci przecież w tym, w tym Mopsie..........Nieważne... dobrze, że zmądrzałeś.

/*****/

Mieszkam na dachu świata....myślała zawsze przed snem patrząc przez okno na grafitowe niebo....zazwyczaj nie było na nim gwiazd...w mieście ich nie ma. Pozabijane łuną od milionów ludzkich świateł giną każdej nocy....Co innego w Miedzianach, o matko jakie tam było niebo – jak pocztówka od Pana Boga, takie piękne....Kiedy rodziła Piotrusia niebo oświecało ich najpiękniejszymi gwiazdami jakie tylko miało....Mój synuś....mówiła na głos, tuląc go w ramionach, mój synuś.....Matka zabrała jej dziecko następnego dnia...na wychowanie do ciotki - powiedziała, i że za 3 lata, jak się podchowa, a Ona będzie już pełnoletnia, to się spowrotem dzieciaka przywiezie....Nie zobaczyła go już nigdy. .....Dopiero dziś...mogła popatrzeć dziś na swojego syna, .. Taki piękny głos, taki dobry i spokojny......Mogła go tak po prostu zobaczyć, dotknąć....wytłumaczyć, wszystko wytłumaczyć.......

Łkanie rozrywało co i rusz pierś....Znowu go zawiodła....

wtorek, 14 lipca 2009

Nowe Opowiadania

Witam serdecznie podczytujących:) Jako twórca tego bloga a tym samym jego admin( tudzież adminka:):) - mam przyjemność zapowiedzieć nowy temat naszych następnych opowiadań, który tym razem wymyśliła Jagoda z Chaty Magoda. Brzmi on: "SPOTKANIE"
Zatem, już 9 sierpnia SPOTKAMY się tu z Wami przynosząc oczywiście nasze wizje świata:)
Zapraszam serdecznie i pozdrawiam w imieniu całego Koła Gospodyń Wiejskich,
Green Canoe.

wtorek, 7 lipca 2009

Obietnica

Każdy pąk jest obietnicą kwiatu, każdy kwiat jest obietnica owocu, każdy owoc jest obietnicą smaku... Oj jakie kwaśne. Cecylię aż wzdrygnęło.
Zamyśliła się. Ileż to nie spełnionych obietnic było w jej życiu. A ile spełnionych ją rozczarowało. Ilu sama nie dotrzymała. Spełniona obietnica jest jak spełnione marzenie, a o marzenia trzeba walczyć. Nie można tylko siedzieć i marzyć, a wokół niech wali się świat. Kiedyś tak robiła. Godzinami wyobrażała sobie TO czego nie miała, a co wydawało jej się wręcz niezbędne do życia. Obiecywała sobie zrobić COŚ żeby zmienić swoje życie i dalej siedziała.
Ale kiedyś coś w niej pękło. Powiedziała - dość! Jej bunt wywołał wielkie zdziwienie wśród jej otoczenia. Jak to? Ona coś chce? Czegoś odmawia? Co się z nią dzieje? A ona czuła się wolna, czuła, że może spełnić wszystkie obietnice, że życie jest jedna wielką obietnicą.
Po chwilach euforii przyszły chwile zwątpienia, poczucie winy. Czasem odpuszczała, miała dość, brakowało jej wsparcia. Najśmieszniejsze, a może najstraszniejsze było to, że niby ci którym zależało, żeby była szczęśliwa podcinali jej skrzydła. Czasem wydawało się, że nowy człowiek spotkany w życiu będzie spełnioną obietnicą, ale nie. Był ból, rozczarowanie, ale gdzieś na dnie serca ciągle żyła nadzieja, wiara że...
Warto było czekać, warto upadać i wstawać. Obietnice się spełniają, ale od nas zależy czy się spełnią tak jak tego chcemy. I czasem trzeba się bardzo napracować, ale jak potem smakuje!

Obietnica

Nie lubię obietnic. Ani tych dawanych mnie (często nie były dotrzymywane), ani tych które sama w zaćmieniu umysłu, nieopatrznie składam. Staję się ich niewolnikiem. Zmienia się sytuacja i obietnica jest trudna do realizacji. A trzeba! Bo obiecałam.
Unikam zatem obietnic jak ognia, czasem się jednak wyrwie i masz babo placek - pisz!
Kozy niewydojone, goście głodni i marudni, dom brudny, ogródek zarasta, koty niedomiziane, pies smutny! A ja siedzę i myślę.
No, mogłabym trafić gorzej, na przykład obiecać, że zaśpiewam i zatańczę. Albo, że złożę złamaną nogę, albo że zjem glizdę...
No dobrze. Nie będzie opowiadania tylko coś z życia wzięte bo życie pisze najlepsze scenariusze.

U schyłku dziewiętnastego wieku czyli bardzo dawno temu, w mazowieckiej wsi był sobie dwór. Właściwie: Dwór. Mieszkał tam dziedzic z rodziną składającą się z kilku pokoleń polskiej, ziemskiej arystokracji.
We dworze pokojówką była młoda, wiejska dziewczyna od dziecka do tego przyuczana, powiadają, że piękna. Dziedzic był wdowcem już niemłodym i obciążonym wieloma wykwintnymi chorobami, których na darmo by szukać we współczesnych podręcznikach medycznych. Jeździł często do wód, do lekarzy we Wiedniu, do Niemiec, na wyszukane i drogie kuracje. W przerwach między tymi kuracjami wywczasu zażywał we Dworze rodzinnym. Jak, kiedy zawiązała się nić uczucia pomiędzy nim a dziewczyną? Tego już dziś nikt nie wie.
Kiedy dziewczyna zaczęła tyć w bardzo charakterystyczny sposób, rozpętało się piekło! Wydalona została z pracy, a dziedzic przez rodzinę odesłany na kolejną kurację. Coś tam pisał, obiecywał, że się ożeni ale dziewczyna do czytania przyuczona nie była i zamiar dziedzica odkryto po wielu latach dopiero. Do kraju już nie wrócił. Wykwintne choroby lub wyszukane kuracje - zabiły go przedwcześnie.
W międzyczasie urodził się Zygmuś owoc grzechu dziewczyny (nikt nie potępiał dziedzica - takie czasy).
Rósł z bękarcim piętnem bo wieś wtedy nie wybaczała ani matce, ani dziecku. Dziwny był, milczący, delikatny. Inny.
Klepał biedę, ciężko pracował od dziecka. Był prześladowany przez mieszkańców wsi. Marzył o wyrwaniu się gdzieś daleko.
Kiedy miał osiemnaście lat zaciągnął się do Legionów Piłsudskiego. Tam poznano się na nim. Szybko awansował - był nawet osobistym ochroniarzem Naczelnego Wodza, wtedy to się oczywiście inaczej nazywało.
Jednak do wsi wracał nie tylko ze względu na matkę - zakochał się bez pamięci w Wiktorii - córce bogatego chłopa. Ona jedna była dla niego dobra. Kiedy skończyła osiemnaście lat - uciekli razem. Ksiądz w miasteczku powiedział, że bez rodzicielskiego błogosławieństwa ślubu nie da. Wiktoria odpowiedziała, że w takim razie z tym oto Zygmuntem żyć bez ślubu będzie - no to rady nie było. Ślub się odbył.
Po kolei, w równych odstępach czasu, na świat przyszło pięcioro dzieci. Chłopczyk był tylko jeden - Jan.
Zygmunt w miasteczku otworzył sklep kolonialny. Każdego dnia siadał na rower, jechał kilkadziesiąt kilometrów do Warszawy by na rano w sklepie był świeży towar. Każdego dnia przez wiele lat. Wiktoria rodziła dzieci i stała od rana do wieczora w sklepie. Nie było im łatwo.
Kiedy Jan skończył pięć lat wzięła go babcia - owa eks pokojówka, do lasu. Pokazała mu drzewo pod którym zakopała to, co dostała od swego dziedzica. Mówiła Jasiowi, że to jest majątek i jak dorośnie będzie należał do niego. Niedługo potem umarła.
Przez mazowiecką wieś przetoczyła się kolejna wojna, Zygmunt trafił do niewoli radzieckiej, z krórej uciekł idąc nocami, przez trzy miesiące. Kiedy dotarł do domu był wrakiem człowieka. Wiktoria ostrzeżona o planowanej pacyfikacji wsi, sama w lesie wykopała ziemiankę. Cała rodzina spędziła w niej ponad rok. Wszyscy przeżyli.
Kilka lat po wojnie nasz Jaś przypomniał sobie o wyprawie z babcią do lasu. Cóż, kiedy nie pamiętał w którą stronę wtedy szli, las urósł i zmienił się.
I teraz pora na tytułową obietnicę.
Tym Jasiem jest mój ojciec. Gdyby dziedzic spełnił swą obietnicę ożenku zupełnie inaczej potoczyłyby się rodzinne losy. Może Zygmunt chowany jako panicz nigdy nie spotkałby Wiktorii? A nawet jeśli, to fakt, że żyliby w dostatku zmieniłby, zmiękczył ich charaktery. Dla mnie - a miałam to szczęście ich poznać - są wzorem ludzi niezłomnych, nigdy się nie poddających. Ich miłość przetrwała wszystko. Pamiętam parę staruszków trzymających się za rece. To moje wiano jakie od nich dostałam. Nie chciałabym innego!
Ten ukryty pod drzewem skarb nikomu nie był potrzebny.
A Dwór i ziemie i tak by nam odebrano w czarnych czasach komunizmu.
Nie lubię obietnic!

Obietnica

Słowo wstępne:
Kiedy zostałam zaproszona do grona Gospodyń, zastanawiałam się długo, jak wykorzystać ten kuszący tytuł "Obietnica". Pomysły kłębiły się wokół mnie jak stadko psów przed napełnieniem misek i każdy dopraszał się o uwagę. Już zaczynałam pisać, gdy uświadomiłam sobie, że żadna - w każdym razie moja - wyobraźnia literacka nie przeskoczy wymysłów, jakimi uraczyło mnie życie, a poza tym Koło Gospodyń Wiejskich zobowiązuje, dlaczego by więc po prostu nie pisać o Ori? Lubię Ori. Wprawdzie Ori to ja, więc głupio pisać, że się lubi siebie, ale spotkało mnie to wielkie i dość rzadkie szczęście, że lubię siebie i nie ma to nic wspólnego z zarozumialstwem.
Tak często wyciągałam siebie z przeróżnych tarapatów, tak często musiałam wylizywać sobie rany, że - chcąc nie chcąc - przywiązałam się do siebie i opiekuję się sobą od czasu do czasu, o ile znajdę na to wolną chwilę... "Pełnia lata w Dmu Tymianka" jest poświęcona zwierzętom i mojej ogromnej miłości do nich, ponieważ jednak życie gospodyni wiejskiej obfituje w przypadki różnego rodzaju, pomyślałam, że warto uwiecznić chociażby na blogu niewiarygodne typy ludzkie mazowieckiej ziemi i moje z nimi spotkania. Mieszkam tu od siedmiu lat i ciągle jestem obca i dziwaczna, chociaż tolerowana jako nieszkodliwy wybryk natury. A początki były mniej więcej takie:
"Obietnica"
Trudno powiedzieć, skąd okoliczne psy dowiedziały się, że to właśnie Ori stała się właścicielką pięknej, przylegającej do zdziczałego parku działki osłoniętej z jednej strony prastartymi jabłoniami. Najpierw pojawiła się mała Sunia, przyprowadziła ze sobą synka, zaraz trafił się jakiś kot sąsiadów i najbliżej mieszkające dzieci. Sąsiad zajął strategiczną pozycję na granicy działki i z wysiłkiem zaostrzał wzrok, próbując dociec, czy miastowym z pękatych toreb nie wypadnie jakaś niepotrzebna puszka piwa. Niestety, z toreb wyłaniały się tylko puszki z psią karmą. Wspólnymi siłami wieś dowiedziała się więc, że miastowi są z samej Warszawy, on porządny chłop, pilot, ale ona wariatka, dzieci nie mają, za to ona wlecze ze sobą za każdym razem jednooką sukę na smyczy i pilnuje jej jak jakiegoś skarbu, chciaż życzliwie jej radzili, żeby suce w łeb dać i wziąć sobie szczeniaka. Sąsiadki badały Ori pod kątem zagrożenia dla mężów, młoda była i bezdzietna, znaczy się, chętna do przygód chyba? A mężowie okoliczni jak malowanie, niektórzy nawet z większością zębów i ładnie wytatuowani. Ori nie wykazała zainteresowania mężami, uganiała się wyłącznie za wiejskimi kundlami, co atrakcyjni mężowie uznali za jawny afront i Ori już oficjalnie zaczęła zażywać sławy wariatki.
Ori po kobiecemu zaczęła snuć marzenia o domu obrośniętym dzikim winem i ogrodzie pełnym róż i hortensji, a marzenia zaczynały się realizować w sposób zaskakujący. Pierwsza ekipa budowlana uciekła po wzniesieniu muru na wysokość parteru i ślad po niej zaginął. Pojawił się natomiast zrozpaczony inwestor, któremu rzeczona ekipa uciekła kilka tygodni wcześniej i listy gończe doprowadziły go do domu Ori. Była to słynna ekipa uciekająca przed... budowaniem schodów. Mąż Ori, zniechęcony do rodaków, zatrudnił fachowców z Ukrainy, z których jeden okazał się nauczycielem muzyki i rzeczywiście bardzo wesoło grał na akordeonie, drugi był świeżo upieczonym ekonomistą, za to trzeci potrafił budować i doprowadził dom do stanu, w którym można było myśleć o hortensjach i dzikim winie.
W pewien brudnoszary, ponury dzień lutowy Ori wraz z dorobkiem życiowym składającym się wtedy z trzech psów, dwóch kotów, ogromnej ilości książek i męża sprowadziła się do pachnącego farbą domu obiecującego nowe sielsko-różane życie na prowincji, na której Ori miała znaleźć szczęście rodzinne i spełnienie marzeń, a znalazła...

OBIETNICA

Stara Mati mieszkała na samym krańcu miasteczka wybrańców. Jej dziwaczny barak miał 3 okna a w nich katarakty imitujące antyczne firanki. Nie był to barak podstawowej wersji, zaopatrzono go bowiem w system higieniczny i retro wizualizacje kuchni, dokładnie takiej jaką Mati znała z plików swojej praprababki Gerdy. Jako jedna z nielicznych dysponowała również dodatkowym łóżkiem powietrznym i choć od 47 lat nikt poza nią w baraku nie przebywał , to owo łóżko mąciło skutecznie jej poczucie samotności. Mati wielokroć patrzyła na nie wieczorami wyobrażając sobie jak otula na dobranoc gościa pledem i podaje gorące kakao – zachłonęła
z plików Gerdy o takim postępowaniu w ludzkich czasach, i wydał jej się ten zwyczaj nad wyraz miłym. Miasteczko wybrańców było ze wszech miar symbolem upadającej ery człowieka. Stworzone pod koniec LEGENDY ZWIERZĄT miało dawać schronienie wybranym osobnikom ludzkim, nie zlikwidowanym przez podmuch woli Rady. Zostawiono 7 miliardów osobników....Mati nie wie ilu z nich jeszcze żyje, zachłonęła jedynie z telepatycznej wizji, że Ci którzy się rozkruszyli wykorzystani zostali przez radę do pozyskiwania obrazów....Zachłonęła także głosy młodszych od niej dziewczyn błagajacych
o litość i krzyczących przeraźliwie w trakcie ruchów seksualnych. Mati czuła ,że nie są to ruchy ludzi z ludźmi....nie dawało jej spokoju kim była druga strona, ale nigdy nie przyszło jej się o tym dowiedzieć. Na początku owszem i ona przeznaczona była do ruchów i zadań spełniania pragnienia. Jej barak dostał fioletowe światło i energetyczne wibracje, ale któregoś dnia ręka pobierająca z niej badania zatrzymała się na chwilę – jakby zdziwiona, a potem już nigdy nie wyszła do niej ze ściany. Barak został bez światła i wibracji, a Mati od tej pory była całkowicie sama....Nie odwiedzało jej już nawet OKO sprawdzające, ani ODDECH poddaństwa....NIC , totalna pustka. Miała jedynie dostęp do nic nie wartych plików Rady. I tylko w najgłębszych zakamarkach samoświadomości trzymała wgrane jej w dzieciństwie pliki Gerdy, których strzegła jak najcenniejszego skarbu. Wiadomo było, że żaden człowiek nie ma prawa posiadać i zachłaniać plików starości, Mati miała więc świadomość że właściwie przez całe swoje życie łamie główne żądanie, za co RADA bezlitośnie zabierała osobnikom OBIETNICE. Pilnowała się więc bardzo i nie pozwalała żadnym Rękom na wschodzenie w podświadomość. Od samego początku, gdy tylko wprowadzono ją do baraku jako 14 letnią dziewczynę nie kontaktowała się świadomie ponad rok
z otoczeniem. Założyła blokadę wybierając osłonę autyzmu i nawet najlepsze Ręce nie potrafiły przebić jej muru, i mówić w mózg. Docierały zaledwie do najsłabszej warstwy pragnień za matką
a i ta była tak rozmyta, że po jakimś czasie bezskutecznej walki ręce dawały za wygraną. Mati trwała w autyzmie do momentu, w którym była pewna , że zna wszystkie składniki badających ją rąk i w razie zagrożenia zdoła je pokonać myślą lub zablokować wolą na łączach. Ręce od wielu, wielu lat nie odwiedzały jej już w ogóle, co nie sprawiło jednak, że przestała być czujna. Każdy szmer czy ruch kataraktycznych firanek wywoływał w Mati automatyczna blokadę. Niekiedy jednak, najczęściej nocą, pozwalała sobie na wycieczki w najgłębsze stany podświadomości i wertowała pośpiesznie pliki Gerdy....Większości obrazów nie rozumiała. Tym bardziej więc
z niecierpliwością czekała na kolejną okazję do ich oglądania. Tajemnica płynąca z ich treści sprawiała, że Mati .....czuła się potrzebna, a co najważniejsze czuła, że jej życie ma jakiś cel. Wiele razy wracała do obrazu grupy ludzi ruszających się w takt dziwnych dźwięków. Pod tym plikiem był napis „Wesele Konrada i Ani”. Albo inny obraz ukazujący śmiejącego się małego człowieczka latającego w powietrzu na skrzynce uwiązanej do nieznanej Mati konstrukcji – podpis pod plikiem : „Leoś na huśtawce”. Najbardziej jednak fascynował Mati obrazy samej praprababki Gerdy: siedzącej w swojej kuchni przy stole z człowiekiem mężczyzną i nakładającej mu na płaski okrąg jakieś konsystencje, praprababki siedzącej w konstrukcji, która ją bujała i machającej delikatnie dwoma jakby kijkami zaplątanymi w jakieś sznurki; praprababki przytulającej i głaszczącej małych ludzi .......Te obrazy miały dla Mati ogromne znaczenie i zawsze po ich obejrzeniu jej poziom zadowolenia wzrastał o 40 %....Bała się nawet, że Ręce mogłyby zacząć coś podejrzewać, więc zapobiegawczo przed każdą wycieczką w pliki Gerdy wgrywała sobie wiarygodną wersję zadowolenia po obejrzeniu nowych obrazów od Rady. Obrazy te były strzępkami wspomnień rozkruszonych osobników ludzkich, poskładanymi bez ładu i składu. Mati przypuszczała, że Rada zabierała te wspomnienia i sklecała z nich po prostu następujące po sobie bez sensu sceny. Najprawdopodobniej Rada musiała wykraść od któregoś człowieka pliki gdzie była PŁASZCZYZNA. Przed płaszczyzną w prastarych czasach ludzie siedzieli godzinami śmiejąc się, czasami płacząc i skupiając swoją uwagę na wypowiadanych tam zdaniach. Mati widziała taką płaszczyznę na ścianie w plikach Gerdy. W każdym bądź razie, obrazy od Rady nie przypominały niczym obrazów z płaszczyzn Gerdy. Mati przypuszczała, że puszczane były osobnikom ludzkim po to, by trzymać ich w letargu i zająć uwagę – Rada obawiała się chyba, że osobniki mogłyby porozumieć się ze sobą nieznanym dotąd kanałem telepatycznym pokonując świadomościowe zabezpieczenia Rąk....A wtedy....kto wie, co wtedy mogłoby się stać. Żeby więc uśpić czujność Rąk, kiedy tylko chciała obejrzeć pliki od praprababki Gerdy, oglądała przedtem przez minimum 2 godziny obrazy Rady i szybko wgrywała sobie zadowolenie. Warto było siedzieć te 2godziny, aby potem wyruszyć w stary świat......i chłonąć życie swoich przodków. Mati czuła wtedy jak wszystkie jej myśli napełniają się mocą, siłą, której nie potrafiła nawet nazwać. Najczęściej po obejrzeniu plików puszczała sobie jeszcze przy największych zabezpieczeniach umysłu podarowaną jej w dniu urodzenia przez matkę w OBIETNICĘ, która brzmiała:
„ Jeszcze Polska nie zginęła,
Kiedy my żyjemy.....”
Mati nie wiedziała, co owo zdanie znaczyło, wiedziała jedynie, że któregoś dnia jej obietnica się spełni.
OBIETNICE zawsze się spełniały.